sobota, 30 października 2010

Oprzeć się na Bogu
Potężny król Milinda powiedział do starego kapłana:
- Mówisz, że jeżeli człowiek, który przez sto lat czynił wszelkie możliwe zło, poprosi przed samą śmiercią Boga o przebaczenie, zdoła się odkupić i wejdzie do nieba. Natomiast człowiek, który popełni tylko jedno wykroczenie, a nie okaże wobec Niego swojej skruchy, zostanie wtrącony do piekła. Czy to sprawiedliwe? Czy to znaczy, że sto przestępstw waży mniej aniżeli jedno?

Stary kapłan odpowiedział wtedy królowi:
- Jeżeli wezmę wielki kamień i rzucę go w jezioro, pójdzie na dno, czy utrzyma się na powierzchni?
- Pójdzie na dno - odpowiedział król.
- A jeśli wezmę sto wielkich kamieni, ułożę je na barce i popchnę je na środek jeziora, utrzymają się na powierzchni, czy pójdą na dno?
- Utrzymają się na powierzchni.
- Czy więc sto kamieni leżących na barce nie jest lżejszych od jednego samotnego kamyczka?
Król nie wiedział, co odpowiedzieć.
Starzec kontynuował dalej.
- Tak samo, królu, dzieje się z ludźmi. Człowiek, który ma wiele grzechów, a oprze się na Bogu, nie zastanie wtrącony w piekielną otchłań. Natomiast człowiek, który popełnił tylko jeden grzech, a nie odwoła się do Bożego miłosierdzia, będzie potępiony.

wtorek, 26 października 2010



Ścierka w rękach Kościoła
Jeśli szczerze pragniesz wyjść z Twoich niedoskonałości, zaprzeć się samego siebie we wszystkim, kochać Boga i papieża bez granic i poświęcić całego siebie na służbę Kościołowi i Najwyższemu Pasterzowi; bronić doktryny i wolności, aż do oddania za Kościół wszystkiego, co posiadasz, stania się jego ostatnim niewolnikiem umysłem i sercem, w życiu i w śmierci - z miłości do Jezusa Chrystusa - wyniszczając się dla Niego, jak kochające dziecko dla swej matki: oto znak, że zostałeś powołany do tego małego Zgromadzenia, które jest ścierką w rękach Maryi i Kościoła Rzymskiego.

Musisz więc
stać się ścierką i zastanowić się dobrze nad tym, że nasze zgromadzenie to zgromadzenie ścierek Bożych.

A wiesz do czego służa ścierki? Ścierka ściera kurz, zmywa i froteruje podłogi, omiata pajęczyny i czyści buty, a następnie zostaje rzucona pod nogi, gdyż służy do najbardziej poniżających prac.


A więc, jeśli znajdziesz upodobanie w tym, aby stać się ścierką, ścierką u stóp Boga, u niepokalanych stóp Najświętszej Dziewicy, jeśli pragniesz stać się ścierką u stóp Matki - Kościoła i w rękach twoich przełożonych: to jest twoje miejsce.

My jesteśmy i pragniemy pozostać ubogimi ścierkami.

św. Alojzy Orione



sobota, 11 września 2010

Mesjasz w klasztorze







Klasztor - niegdyś słynny na całą Europę - teraz dogorywał: żadnego powołania, żadnego życia, żadnego zainteresowania ze strony opinii publicznej. Cóż? Tych paru staruszków czekało już tylko na szczęśliwą śmierć.

Opat w tej sytuacji postanowił jakoś sprawie zaradzić i udał się na Daleki Wschód, aby u znanego pustelnika wywiedzieć się, czy upadek klasztoru jest karą za grzechy i niewierność zakonników.
- Tak jest - przytaknął pustelnik - grzech nieświadomości winny jest takiemu stanowi rzeczy.
- A co to bliżej znaczy? - chciał wiedzieć opat.
- Jeden z was jest Mesjaszem w przebraniu i wy tego nie jesteście świadomi - odparł świątobliwy mąż i zatopił się znowu a medytacji.

Opat w drodze powrotnej zaczął się poważnie zastanawiać: jakie to szczęście, że Mesjasz powrócił na ziemię i zamieszkał w jego klasztorze; w której osobie jednak ukrył się Mesjasz? Któż to może być: brat kucharz, brat zakrystianin, ojciec superior? Ten niestety ma za dużo wad... a może te jego wady są przebraniem dla Mesjasza?
I tak biorąc pod lupę każdego z zakonników, doszedł do wniosku, że nie ma nikogo bez wad, a przecież jeden z nich - według zapewnienia pustelnika - musi być Mesjaszem.

Wróciwszy do klasztoru, zebrał wszystkich podwładnych i opowiedział wszystko, czego się dowiedział. Mnisi kiwali niedowierzająco głowami, ale po naradach podjęli postanowienie: jeżeli rzeczywiście to prawda, że jeden z nas jest Mesjaszem (a nikt nie wie kto), to trzeba się odnosić do siebie z wzajemnym szacunkiem i miłością.
- Nigdy przecież nie wiadomo - dopowiedział najmłodszy.

Trudno uwierzyć, ale w klasztorze wkrótce zapanowała radosna, świąteczna atmosfera. Klasztor zaczął promieniować i do furty znów zaczęli pukać młodzieńcy z prośbą o przyjęcie.

wtorek, 31 sierpnia 2010

Jak zachować światło?

Pewien rycerz, który uczestniczył w wyprawie krzyżowej, postanowił przynieść do swego rodzinnego miasta świecę zapaloną u grobu Jezusa Chrystusa. Postanowienie to tak zmieniło jego życie, że z szukającego zaczepki wojaka stał się człowiekiem spokojnym i życzliwym dla wszystkich.

Z bijącym sercem przystąpił do realizacji swego postanowienia. Zdawał sobie sprawę, że to czego się podejmuje, nie jest rzeczą łatwą. Wiedział, że nie można przewidzieć wszystkiego, co może się wydarzyć w drodze. Podróżowanie w owym czasie było długie i niebezpieczne, dlatego przeżył on wiele przygód, których tutaj nie ma potrzeby wymieniać. Wspomnijmy tylko jedną.



Został napadnięty przez rozbójników, mógł się bronić, był przecież rycerzem. On jednak, myśląc o swoim postanowieniu, nie sięgnął po miecz, lecz przysiągł im, że wszystko odda dobrowolnie: zbroję, konia i pieniądze, ale oni nie mogą zgasić jego świecy. Oczywiście, że rozbójnicy przystali na taką propozycję. Kiedy po wielu dniach podróży wchodził do swego rodzinnego miasta Florencji, ludzie nie rozpoznali w nim wielkiego rycerza.

Przechodnie myśleli, że to człowiek szalony, bo całym ciałem osłaniał płomień świecy przed podmuchami wiatru.

Wreszcie osiągnął swój cel: od jego płomienia zapłonęły wszystkie świece na głównym ołtarzu katedry Florencji.

- Co trzeba zrobić, aby w czasie tak długiej i niebezpiecznej podróży, nie zgasł płomień świecy? - zapytał ktoś z tłumu rycerza.

- Ten mały płomyk wymaga - powiedział - tylko jednego: ani na chwilę nie można poczuć się pewnym.



Można przebyć szczęśliwie wiele niebezpieczeństw, lecz nie można ani na chwilę zapomnieć, iż w następnej sekundzie może pojawić się nowe niebezpieczeństwo, które zniszczy cały dotychczasowy wysiłek.