sobota, 8 stycznia 2011

List do Przyjaciela

Piszę, aby ci powiedzieć, jak bardzo się troszczę
o ciebie i jak bardzo pragnę, byś lepiej mnie poznał
Kiedy obudziłeś się rano, w twoim oknie
zapaliłem najwspanialszy wschód słońca, byś zwrócił
na mnie uwagę. A ty się spieszyłeś.
Później widziałem, jak szedłeś pogrążony w
rozmowie z przyjaciółmi. Skąpałem cię w ciepłym słońcu.
Powietrze nasyciłem słodkim zapachem przyrody
A ty się spieszyłeś. Nie widziałeś mnie.
A potem krzyczałem do ciebie w tornado.
Wspaniałą tęczą pomalowałem niebo. Wtedy spojrzałeś
A jednak nadal się spieszyłeś.
Wieczorem na twoją twarz rzuciłem promień księżyca.
Posłałem chłodną bryzę, byś odpoczął i pozbył się lęku
Patrzyłem, jak spałeś. Wsłuchiwałem się w twe myśli
Ty zaledwie przeczuwałeś, że jestem tak blisko.
Wybrałem cię. Chcę ci powierzyć specjalne zadanie.
Mam nadzieję, że ze mną porozmawiasz.
Dlatego przeniosłem cię przez burzę
Inni nie ujrzeli poranka.
Jestem blisko. Jestem twym przyjacielem.
Bardzo cię kocham.
                             Twój Przyjaciel JEZUS.

sobota, 30 października 2010

Oprzeć się na Bogu
Potężny król Milinda powiedział do starego kapłana:
- Mówisz, że jeżeli człowiek, który przez sto lat czynił wszelkie możliwe zło, poprosi przed samą śmiercią Boga o przebaczenie, zdoła się odkupić i wejdzie do nieba. Natomiast człowiek, który popełni tylko jedno wykroczenie, a nie okaże wobec Niego swojej skruchy, zostanie wtrącony do piekła. Czy to sprawiedliwe? Czy to znaczy, że sto przestępstw waży mniej aniżeli jedno?

Stary kapłan odpowiedział wtedy królowi:
- Jeżeli wezmę wielki kamień i rzucę go w jezioro, pójdzie na dno, czy utrzyma się na powierzchni?
- Pójdzie na dno - odpowiedział król.
- A jeśli wezmę sto wielkich kamieni, ułożę je na barce i popchnę je na środek jeziora, utrzymają się na powierzchni, czy pójdą na dno?
- Utrzymają się na powierzchni.
- Czy więc sto kamieni leżących na barce nie jest lżejszych od jednego samotnego kamyczka?
Król nie wiedział, co odpowiedzieć.
Starzec kontynuował dalej.
- Tak samo, królu, dzieje się z ludźmi. Człowiek, który ma wiele grzechów, a oprze się na Bogu, nie zastanie wtrącony w piekielną otchłań. Natomiast człowiek, który popełnił tylko jeden grzech, a nie odwoła się do Bożego miłosierdzia, będzie potępiony.

wtorek, 26 października 2010



Ścierka w rękach Kościoła
Jeśli szczerze pragniesz wyjść z Twoich niedoskonałości, zaprzeć się samego siebie we wszystkim, kochać Boga i papieża bez granic i poświęcić całego siebie na służbę Kościołowi i Najwyższemu Pasterzowi; bronić doktryny i wolności, aż do oddania za Kościół wszystkiego, co posiadasz, stania się jego ostatnim niewolnikiem umysłem i sercem, w życiu i w śmierci - z miłości do Jezusa Chrystusa - wyniszczając się dla Niego, jak kochające dziecko dla swej matki: oto znak, że zostałeś powołany do tego małego Zgromadzenia, które jest ścierką w rękach Maryi i Kościoła Rzymskiego.

Musisz więc
stać się ścierką i zastanowić się dobrze nad tym, że nasze zgromadzenie to zgromadzenie ścierek Bożych.

A wiesz do czego służa ścierki? Ścierka ściera kurz, zmywa i froteruje podłogi, omiata pajęczyny i czyści buty, a następnie zostaje rzucona pod nogi, gdyż służy do najbardziej poniżających prac.


A więc, jeśli znajdziesz upodobanie w tym, aby stać się ścierką, ścierką u stóp Boga, u niepokalanych stóp Najświętszej Dziewicy, jeśli pragniesz stać się ścierką u stóp Matki - Kościoła i w rękach twoich przełożonych: to jest twoje miejsce.

My jesteśmy i pragniemy pozostać ubogimi ścierkami.

św. Alojzy Orione



sobota, 11 września 2010

Mesjasz w klasztorze







Klasztor - niegdyś słynny na całą Europę - teraz dogorywał: żadnego powołania, żadnego życia, żadnego zainteresowania ze strony opinii publicznej. Cóż? Tych paru staruszków czekało już tylko na szczęśliwą śmierć.

Opat w tej sytuacji postanowił jakoś sprawie zaradzić i udał się na Daleki Wschód, aby u znanego pustelnika wywiedzieć się, czy upadek klasztoru jest karą za grzechy i niewierność zakonników.
- Tak jest - przytaknął pustelnik - grzech nieświadomości winny jest takiemu stanowi rzeczy.
- A co to bliżej znaczy? - chciał wiedzieć opat.
- Jeden z was jest Mesjaszem w przebraniu i wy tego nie jesteście świadomi - odparł świątobliwy mąż i zatopił się znowu a medytacji.

Opat w drodze powrotnej zaczął się poważnie zastanawiać: jakie to szczęście, że Mesjasz powrócił na ziemię i zamieszkał w jego klasztorze; w której osobie jednak ukrył się Mesjasz? Któż to może być: brat kucharz, brat zakrystianin, ojciec superior? Ten niestety ma za dużo wad... a może te jego wady są przebraniem dla Mesjasza?
I tak biorąc pod lupę każdego z zakonników, doszedł do wniosku, że nie ma nikogo bez wad, a przecież jeden z nich - według zapewnienia pustelnika - musi być Mesjaszem.

Wróciwszy do klasztoru, zebrał wszystkich podwładnych i opowiedział wszystko, czego się dowiedział. Mnisi kiwali niedowierzająco głowami, ale po naradach podjęli postanowienie: jeżeli rzeczywiście to prawda, że jeden z nas jest Mesjaszem (a nikt nie wie kto), to trzeba się odnosić do siebie z wzajemnym szacunkiem i miłością.
- Nigdy przecież nie wiadomo - dopowiedział najmłodszy.

Trudno uwierzyć, ale w klasztorze wkrótce zapanowała radosna, świąteczna atmosfera. Klasztor zaczął promieniować i do furty znów zaczęli pukać młodzieńcy z prośbą o przyjęcie.

wtorek, 31 sierpnia 2010

Jak zachować światło?

Pewien rycerz, który uczestniczył w wyprawie krzyżowej, postanowił przynieść do swego rodzinnego miasta świecę zapaloną u grobu Jezusa Chrystusa. Postanowienie to tak zmieniło jego życie, że z szukającego zaczepki wojaka stał się człowiekiem spokojnym i życzliwym dla wszystkich.

Z bijącym sercem przystąpił do realizacji swego postanowienia. Zdawał sobie sprawę, że to czego się podejmuje, nie jest rzeczą łatwą. Wiedział, że nie można przewidzieć wszystkiego, co może się wydarzyć w drodze. Podróżowanie w owym czasie było długie i niebezpieczne, dlatego przeżył on wiele przygód, których tutaj nie ma potrzeby wymieniać. Wspomnijmy tylko jedną.



Został napadnięty przez rozbójników, mógł się bronić, był przecież rycerzem. On jednak, myśląc o swoim postanowieniu, nie sięgnął po miecz, lecz przysiągł im, że wszystko odda dobrowolnie: zbroję, konia i pieniądze, ale oni nie mogą zgasić jego świecy. Oczywiście, że rozbójnicy przystali na taką propozycję. Kiedy po wielu dniach podróży wchodził do swego rodzinnego miasta Florencji, ludzie nie rozpoznali w nim wielkiego rycerza.

Przechodnie myśleli, że to człowiek szalony, bo całym ciałem osłaniał płomień świecy przed podmuchami wiatru.

Wreszcie osiągnął swój cel: od jego płomienia zapłonęły wszystkie świece na głównym ołtarzu katedry Florencji.

- Co trzeba zrobić, aby w czasie tak długiej i niebezpiecznej podróży, nie zgasł płomień świecy? - zapytał ktoś z tłumu rycerza.

- Ten mały płomyk wymaga - powiedział - tylko jednego: ani na chwilę nie można poczuć się pewnym.



Można przebyć szczęśliwie wiele niebezpieczeństw, lecz nie można ani na chwilę zapomnieć, iż w następnej sekundzie może pojawić się nowe niebezpieczeństwo, które zniszczy cały dotychczasowy wysiłek.